Wyborcza.pl

Twitterowa dyplomacja przed nastaniem Trumpa. Czy nowy prezydent USA wywróci ją do góry nogami?

Autor: Bartosz T. Wieliński, zespół BIQdata | 03.01.2017

Osiem lat temu jeden tweet senatora Baracka Obamy zapoczątkował nową erę w globalnej polityce. Dziś lub jutro jego następca Donald Trump chce wyćwierkać Amerykanom nowe, znane rzekomo tylko jemu wiadomości o rosyjskich hakerach, którzy pomogli mu wygrać wybory.

Czy to, co uprawia amerykański prezydent elekt na Twitterze, można nazwać dyplomacją? Na pewno przekracza on coraz to nowe granice. Ostatnio musiał go poprawiać wiceprezydent Mike Pence. We wtorek po serii ataków: zabójstwie rosyjskiego ambasadora w Turcji, zastrzeleniu muzułmanina w meczecie w Zurychu i tragedii na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie, gdzie pod kołami ciężarówki zginęło 12 osób, a ok. 50 odniosło rany, Trump oświadczył: sytuacja „staje się coraz gorsza”. - Cywilizowany świat musi zmienić myślenie - apelował, tak jakby ataki cokolwiek łączyło. Wiceprezydent Pence, który słynie z łagodnego usposobienia i dyplomatycznych wypowiedzi, podał jego wiadomość dalej z bardziej stonowanym komentarzem: „Modlimy się za ofiary ataków i za ich rodziny. Ci, którzy sieją strach, nie wygrają”. W taki sposób zwykli ćwierkać mężowie stanu. To, że Pence starał się ograniczyć szkody wywołane wpisem Trumpa, nie uszło uwadze amerykańskich komentatorów.

W to, że Trump zrezygnuje z ćwierkania, nikt nie wierzy. A powinien, bo swoimi wypowiedziami psuje szyki dyplomatom. Ostatnio, gdy Chińczycy przejęli amerykańskiego drona, zakomunikował im, że mogą go sobie zabrać, i nazwał ich złodziejami. Dyplomaci rozpoczynali rozmowy z Pekinem o zwrocie maszyny, a tweet Trumpa mocno utrudnił im pracę. Wcześniej, po bezprecedensowej rozmowie z prezydentem Tajwanu, groził na Twitterze palcem oburzonemu Pekinowi.

- Czy Twitter prezydenta Trumpa stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego? - pytał dwa tygodnie temu serwis „Politico” i opisywał doświadczenie Trumpa w prowadzeniu „twitterowych wojen”. Czy ćwierkanie po nocach przystoi głowie państwa, to pytanie drugorzędne. Najważniejsze, że wrogie służby na postawie tweetów tworzą profil psychologiczny Trumpa, a hakerzy szykują się do skoku na jego konto i komórkę, której używa do ćwierkania.

Prezydenta elekta obserwuje obecnie 17,6 mln ludzi. On sam obserwuje tylko 41 osób, w tym swoją córkę Ivankę (ma 2,56 mln obserwujących), syna Donalda juniora (milion obserwujących), wiceprezydenta Pence’a (886 tys. obserwujących) oraz swoich współpracowników, doradców. Odchodzący prezydent Barack Obama od marca 2007 r. dorobił się 80 mln obserwujących.

Już za dwa tygodnie jego miejsce zajmie Trump, którego na razie nie ma w badaniu Twiplomacy prowadzonym od kilku lat przez agencję Burson-Marsteller. Obejmuje ono konta 800 najwyższej rangi urzędników, rządów, głów państw, instytucji UE, rodzin królewskich czy przywódców religijnych używających Twittera. To cała Galaktyka.

Liczby, które tu widać, obejmują wyłącznie rządzących światem. Zatem jeśli widać, że MSZ któregoś kraju ma 22 obserwujących, to są to bardzo wpływowi obserwujący, a nie wszyscy.

Pogrupowaliśmy sieć powiązań w trzy widoki:

  • oni obserwują (tu widzisz, kogo obserwuje dany polityk / dana instytucja);
  • są obserwowani (tu widzisz, kto obserwuje danego polityka / daną instytucję);
  • wzajemne połączenia (z kim dany polityk / dana instytucja obserwuje się ze wzajemnością);
  • dane pochodzą z maja tego roku, kiedy Trump jeszcze nie należał do możnych, więc nie ma go w tej strukturze.

Po najechaniu na kropkę na środku grafiki pojawia się informacja z aktywnym linkiem do konta. Zapraszamy do eksploracji!

Read in English

Co widać:

  • dla MSZ-ów rozwiniętych krajów Twitter jest już regularnym narzędziem komunikacji. To najliczniejsza grupa kont;
  • najbardziej wpływowi są Amerykanie i Brytyjczycy;
  • instytucje w wielojęzycznych krajach prowadzą po kilka kont na TT (ciekawym przypadkiem jest Izrael);- najbardziej aktywne w obserwowaniu innych są mniejsze kraje, np. Peru czy Albania;
  • osobiste profile liderów są bardziej popularne niż ich instytucjonalne profile, np. Barack Obama ma 280 wpływowych obserwujących, podczas gdy POTUS144. W tym sensie strategia Trumpa używającego prywatnego profilu jest dobra. Przypadek Tuska jest odwrotny, ale należy do wyjątków;
  • liderzy religijni obserwują innych, ale inni nie kwapią się do obserwowania liderów. Najpopularniejszy jest profil papieża po angielsku;
  • UE jest na twitterowej mapie jest prawie niewidoczna, choć bardzo się stara, np. biuro prasowe KE ma kilka kont, w tym dla dziennikarzy prasowych i dziennikarzy TV;
  • prezydent RP w maju tego roku obserwował tylko Beatę Szydło (z wzajemnością), ale jego kancelaria była dużo bardziej aktywna.

W kwietniu 2007 r. Obama napisał: „Myślę, że wystarczy jeden podpis, by zakończyć wojnę w Iraku”. Ta licząca w oryginale 55 znaków fraza była jedną z salw rozpoczynających jego walkę o prezydenturę. Wówczas Twitter miał mniej niż 300 tys. użytkowników, a wpis Obamy był ciekawostką. Dziś sieć ma już 370 mln użytkowników i stała się narzędziem do robienia polityki. „Właśnie napisaliśmy historię. Wszystko to stało się dzięki wam” - zaćwierkał 5 listopada 2008 r., gdy pokonał w wyborach Johna McCaina.

Miał wówczas 115 tys. obserwujących, a McCain jedynie 5 tys. Twitter Hillary Clinton w momencie triumfu Trumpa przyciągał tylko 11 mln obserwujących. Tylko lub aż 6 mln mniej niż zwycięzca. Ostatnio Rudy Giuliani, były burmistrz Nowego Jorku i jeden z najbliższych stronników przyszłego prezydenta, stwierdził, że bez Twittera Trump wyborów by nie wygrał. A że zamienił go w narzędzie do obrzucania ludzi błotem na globalną skalę...

Obecnie trudno znaleźć na świecie polityka, który obyłby się bez konta na Twitterze, choć znaczenie tweetów polityków, które dotyczą ich pracy, zwykle jest niewielkie. No, chyba że chodzi o najważniejsze osoby w państwie.

„Przykra sprawa. Nie lekceważę jej. W poniedziałek o 15 odniosę się do niej publicznie na konferencji prasowej” - tak premier Donald Tusk (obecnie 699 tys. obserwujących) 14 czerwca 2014 r. zareagował na publikację nagrań polityków PO potajemnie zarejestrowanych przez kelnerów w jednej z warszawskich restauracji. Dziś Tusk ma dodatkowe konto na Twitterze, jako przewodniczący Rady Europejskiej. Korzystał z prywatnego, gdy w listopadzie, tuż przed amerykańskimi wyborami, ćwierkał, że jego żona twierdzi, iż „one Donald is more than enough”. Efekt: ponad 2,1 tys retweetów (czyli podań dalej) i 5 tys. polubień.

Na pewno nikt jeszcze nie wypowiedział za pomocą Twittera wojny. Ale wszystko przed nami, bo tym narzędziem posługują się dyplomaci, w słowniku pojawił się nawet termin „twitterowa dyplomacja”.

Za jej pioniera uważa się Michaela A. McFaula, amerykańskiego ambasadora w Rosji, który w 2011 r. zaczął ćwierkać po rosyjsku i angielsku o polityce Ameryki, sytuacji na świecie i pracy ambasady. Dziś kont na Twitterze nie ma jedynie 20 z 193 krajów świata. Twitterową dyplomację prowadzą Chiny i Turcja, które utrudniają własnym obywatelom dostęp do mediów społecznościowych.

Państwa toczą też na Twitterze potyczki, tak jak w marcu 2014 r., po aneksji Krymu, Ameryka i Rosja. W Polsce tuzem twiplomacji był Radosław Sikorski (828 tys. obserwujących). Konto po odejściu z polityki prowadzi dalej. Do szefa MON, swojego dawnego podwładnego Antoniego Macierewicza, który oskarża go o odpowiedzialność za katastrofę smoleńską, w maju tego roku zwrócił się słowami: „Antek, ty świrze”.

„Pan Prezydent raczy rżnąć głupa” - taki tweet pojawił się na profilu Sikorskiego, gdy kończyłem pisać ten artykuł. To komentarz do słów prezydenta Andrzeja Dudy, który twierdzi, że po skoku PiS na Trybunał Konstytucyjny instytucja ta „wróci nie tylko w wymiarze sprawiedliwości, ale także w ujęciu państwowym na należną mu pozycję”.

Pokaż komentarzeDodaj komentarz