Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Udało nam się w Wietnamie złapać komara, który po badaniach genetycznych okazał się bardzo bliskim krewnym osobnika złapanego w Rumunii – opowiada dr Aneta Afelt, badaczka związków środowiska naturalnego i zdrowia ludzi z zespołu ds. COVID-19 w PAN i ICM UW.

Przodek tego komara, o którym opowiada dr Afelt, musiał dotrzeć do Europy "na gapę" – na statku albo na pokładzie samolotu. Może jego jajo ukryło się gdzieś pomiędzy brudnymi skarpetkami wracającego z Azji turysty? A może w kontenerze z ryżem?

Dziś komary z odległych zakątków świata – a to one przenoszą malarię, czikungunię, zikę, dengę i inne choroby znane dziś głównie poza Europą – nie mają szans na stałe się u nas osiedlić. Ale wraz z globalnym ociepleniem to się zmienia.

– Powrót malarii do Europy to kwestia czasu – ostrzega prof. Krzysztof Pyrć, wirusolog z Małopolskiego Centrum Biotechnologii UJ.

***

Rok temu potwierdzono pierwsze zakażenie koronawirusem u mieszkańca Polski. Wtedy jeszcze nazywaliśmy wirusa "koronawirusem z Wuhan". Teraz wiemy o nim dużo więcej i przewidujemy, co będzie dalej. Kiedy nadejdzie koniec pandemii? Czy wraz z nim nadejdzie koniec koronawirusa? I dlaczego w ostatnich latach alarm pandemiczny rozlega się niemal co roku?

Oto czwarty i ostatni odcinek serialu, w którym odpowiadam na te pytania. W poprzednich odcinkach:

***

embed

Pandemia to kwestia statystyki

Zanim Ronald Ross – jeden z klasyków epidemiologii – dostał w 1902 roku Nobla w dziedzinie medycyny, zdążył naszlajać się po świecie. Historię jego wojny z komarami opisuje w swojej książce "Prawa epidemii. Skąd się epidemie biorą i czemu wygasają?" brytyjski epidemiolog o polskich korzeniach Adam Kucharski.

Malaria wzięła swoją nazwę od "złego powietrza", ale Ross sądził, że to bujda na resorach. Jeden z jego kolegów, lekarz Patrick Manson, lansował teorię, że przyczyną choroby mogą być pasożyty i komary. Swoje przypuszczenia opierał na badaniach, które przez lata prowadził w południowo-wschodnich Chinach.

Żeby sprawdzić tę hipotezę, Ross przeprowadził makabryczny eksperyment. W Indiach – no bo jednak w Anglii trudniej byłoby zrobić coś podobnego – skłonił komary do pożywienia się krwią człowieka chorego na malarię. Tak nakarmione komary złożyły jaja w butelce z wodą, której zawartość Ross kazał wypić trzem wynajętym "obiektom ludzkim". Jeśli się zarażą – myślał – będzie to oznaczało, że malaria przenosi się poprzez wodę i jaja.

Na swoje szczęście “obiekty ludzkie” nie zachorowały. A więc to nie przez wodę przenosi się malaria – skonkludował Ross. Ale nie spoczął i szukał dalej. Dalsze eksperymenty na szczęście prowadził już na zwierzętach. Rolę laboratoryjnych szczurów zaczęły pełnić ptaki. Okazało się, że jeśli komar najpierw ugryzie chorego ptaka, a potem zdrowego, to ten zdrowy ma szansę zachorować. A więc malaria przenosi się przez ukąszenia komarów. Eureka!

Ale Ross zaobserwował też, że w naturalnych okolicznościach nie każdy komar przeniesie malarię. Wiele pożywi się akurat na zdrowych ludziach, wiele umrze, zanim ugryzie kogoś innego, albo ugryzie kogoś, kto akurat jest już chory. Nie każde ukąszenie będzie też oznaczało przeniesienie choroby na nowego gospodarza.

Ross odkrył więc, że wybuch epidemii to właśnie taki ciąg rozmaitych zdarzeń. Ale im więcej komarów, im więcej nosicieli, im więcej ugryzień przypada na jednego komara, tym większe jest ryzyko rozpowszechnienia choroby.

Na przełomie XIX i XX wieku malaria zabijała na potęgę. Ross wypowiedział jej wojnę. Jednym z pierwszych teatrów wojny ludzko-komarzej było Sierra Leone. Tam Ross dowodził armią, która zadania bojowe realizowała poprzez wyrzucanie zalegających puszek i butelek, zatruwanie stojącej wody i zasypywanie dziur, w których robiły się kałuże. Nazwijmy to strategią "osuszonej ziemi". Jeśli zmniejszymy liczbę komarów – myślał Ross – to zmniejszymy szansę kolejnych śmierci. Bo te ostatnie są pochodną liczby komarów.

Kampania Rossa okazała się skuteczna. Liczba zakażeń malarią spadła. Nie do zera, ale znacznie. Szkopuł w tym, że dla utrzymania przewagi nad komarami, trzeba było działania kontynuować. Ale kiedy wyschło źródło finansowania kampanii w Sierra Leone, komary wróciły, a malaria wraz z nimi.

Podobną strategię za radą Rossa podjęła Kompania Kanału Sueskiego. W egipskiej Ismailii – mieście powstałym jako osada budowniczych kanału – co roku diagnozowano malarię u ok. 2 tys. osób. Firma chciała coś z tym zrobić. Posłuchała zaleceń Rossa i poszła na wojnę z komarami. Metody były podobne do tych, które Ross wykorzystał w zachodniej Afryce. W efekcie liczba corocznych zakażeń malarią spadła poniżej setki.

Podobnie jak przy Kanale Sueskim wyglądała sytuacja na budowie Kanału Panamskiego. W 1905 roku amerykański pułkownik William Gorgas przeprowadził program intensywnej walki ze skrzydlatymi pasożytami. Problem zelżał na tyle, że budowę udało się dokończyć, choć łącznie wg oficjalnych danych pochłonęła ok. 5 tys. istnień ludzkich. Nieoficjalnie – kilkakrotnie więcej.

Ograniczenie jednego czynnika – liczby komarów – pozwoliło wielokrotnie zmniejszyć liczbę ofiar epidemii malarii. Podobnie dzisiaj działa noszenie maseczek, ograniczanie kontaktów czy szczepienie. Żadne nie daje stuprocentowej pewności uniknięcia zakażenia, ale wszystkie razem składają się na mniej zakażeń i mniej zgonów z powodu COVID-19.

embed

Europejska wojna z malarią

W Europie malarię udało się wyplenić dopiero niecałe 60 lat temu. Wcześniej występowała głównie na południu kontynentu, nad Morzem Śródziemnym. Ale jeszcze dawniej przypadki lokalnej transmisji – a więc nie przywleczonej z innego końca świata – notowano choćby w Finlandii.

Europa stoczyła długą wojnę z komarami. W 1924 r. powstała nawet Komisja ds. Walki z Malarią przy Lidze Narodów. Kampania na chwilę przyhamowała podczas drugiej wojny światowej, ale została wznowiona jeszcze w latach czterdziestych. Osuszanie bagien, pryskanie chemikaliami, odsuwanie domów od chlewni i obór, regulowanie nawodnienia pól, produkcja leków – wszystko to złożyło się wyparcie choroby z Europy. 

W latach sześćdziesiątych zarejestrowano ostatnie przypadki lokalnej transmisji malarii w Polsce, na Węgrzech, w Hiszpanii czy Rumunii. W 1970 zanotowano ostatnie takie przypadki we Włoszech, a w Portugalii w 1973.

Choć w Europie są komary, o czym ze zdziwieniem przypominam sobie każdej wiosny, zostały z nami prawie tylko te gatunki, które akurat nie są najlepszymi nosicielami malarii. A tych, które roznoszą ją lepiej, jest zbyt mało, żeby transmisja mogła się na dobre zacząć.

– Te komary, które latają panu po mieszkaniu, to inny gatunek niż te z mokradeł – wyprowadza mnie z błędu dr Afelt.

Dawniej ingerencja człowieka w przyrodę powstrzymywała malarię, ale dzisiaj jest inaczej. Im jest cieplej, tym dalej na północ przesuwa się granica terytorium, na którym mogą przeżyć afrykańskie gatunki komarów. Część z nich to ciepluchy. Żeby się utrzymać na danym terytorium, potrzebują w ciągu roku dziewięciu dni pod rząd, kiedy temperatura nie spada poniżej 20 stopni Celsjusza. Takie ciepłe noce nazywamy tropikalnymi. Dopiero w takich warunkach z komarzych jaj może wykluć się nowe pokolenie najbardziej malarycznych gatunków. A tychże tropikalnych nocy w Europie mamy coraz więcej. W 2019 r. w Polsce w samym czerwcu było ich już siedem. Choć, na szczęście, z przerwami.

Czytaj więcej: Ile tropikalnych nocy przypadało na kolejne lata? Coraz więcej.

– Kiedy przekroczymy tę kluczową granicę, będą mogły wykluć się w Polsce komary afrykańskie, które doskonale przenoszą malarię – mówi Afelt.

embed

Nie tylko malaria

Malaria to nie jedyna choroba, która może do nas przyjść razem z ociepleniem. Gorączka czikungunia brzmi może dla polskiego ucha zabawnie, ale śmieszna wcale nie jest. Ją też roznoszą komary, ale może też przenosić się z kobiety na płód. Zazwyczaj objawia się zapaleniem stawów i wysypką, rzadziej powoduje krwawe wybroczyny na skórze czy krwawienie z dziąseł, a czasami wyłania się z niego zapalenie opon mózgowych, samego mózgu albo rdzenia kręgowego.

W południowej Francji już notuje się endemiczne (czyli lokalne) przypadki czikungunii.

No i jest jeszcze denga, od której krwawi się z układu pokarmowego, czy zika. Choroby, które dzisiaj kojarzymy z dalekimi zakątkami świata.

A więc kiedy klimat jeszcze się ociepli, to możliwe, że usadzenie się latem na kocyku w parku albo nad zakolem rzeki w mieście może nie być rozsądnym pomysłem.

To nie koniec klimatycznych paradoksów związanych z chorobami przenoszonymi przez komary. W miastach mówi się o problemie miejskich wysp ciepła – betonowa, wysuszona okolica w lecie nagrzewa się znacznie bardziej niż zielone lasy. Tyle że zdaniem dr Afelt ponowne zalanie miast zielenią i wodą sprawi, że bariera oddzielająca mieszkańców od komarów zostanie przerwana.

– Komary zalęgną się w stojącej wodzie, a razem z nimi wrócą choroby – wskazuje.

embed

"Jedno Zdrowie"

Wielu chorób i pandemii udałoby się uniknąć, gdybyśmy inaczej gospodarowali zasobami Ziemi.

Światowa Organizacja Zdrowia monitoruje ryzyka rozwoju chorób, zarówno starych, jak malaria, jak i tych nowszych – jak SARS-CoV-2. Odpowiedzią na walkę z nimi jest doktryna "Jednego Zdrowia" (ang. One Health). To rodzaj holistycznego podejścia do zdrowia publicznego. Walka o stan klimatu jest jednym z jej elementów. Bo jeśli zaburzymy klimat tak, jak się zapowiada, skutki mogą być opłakane.

O tym, że problemy pandemii i klimatu są ściśle związane, niech świadczy choćby to, że w ostatnim roku zespoły PAN ds. globalnego ocieplenia i pandemii COVID-19 rozpoczęły już wspólne prace.

Na szczęście podczas pandemii SARS-CoV-2 doszło do przełomu w medycynie – szczepionki oparte o mRNA, jak preparaty Moderny czy Pfizera, pozwolą na bardzo szybkie tworzenie bardzo skutecznych szczepionek na wiele nowych chorób.

No i klęska gospodarcza wywołana pandemią COVID-19 może skłonić nas do innej oceny kosztów transformacji ekologicznej. Możliwe, że będziemy bardziej skłonni do tego, żeby zainwestować teraz, by uniknąć kolejnych tragedii.

***

Rok temu potwierdzono pierwsze zakażenie koronawirusem u mieszkańca Polski. Wtedy jeszcze nazywaliśmy wirusa "koronawirusem z Wuhan". Teraz wiemy o nim dużo więcej i przewidujemy, co będzie dalej. Kiedy nadejdzie koniec pandemii? Czy wraz z nim nadejdzie koniec koronawirusa? I dlaczego w ostatnich latach alarm pandemiczny rozlega się niemal co roku?

To był czwarty i ostatni odcinek serialu, w którym odpowiadam na pytania o to, co będzie dalej z "koronawirusem z Wuhanu". W poprzednich odcinkach:

***

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.